poniedziałek, 28 lutego 2011

REWOLUCYJNA REWOLUCJA ZTM

A więc stało się.

Rewolucyjne rewolucje ZTM-u dosięgły Mokotowa, który był dotychczas zieloną wyspą pośród burz i niepokojów serwowanych warszawskiej komunikacji zbiorowej przez ekipę GronkoRuty.

W miarę spokojnie było tu od czasów otwarcia metra, kiedy to Mokotów dotknięty został tak zwanym - nie wiedzieć czemu - Syndromem Bielańskim. Po otwarciu linii metra (która w 1995 łączyła Kabaty i Politechnikę, a więc ledwo ocierała się o Śródmieście) skasowano wiele linii łączących Mokotów z częściami Warszawy, do których metro do tej pory nie jeździ i jeździć nie będzie. Poszły wtedy do piachu linie: 104 na Ursynów, 112 na Muranów, 114 na pl. Trzech Krzyzy, 125 na Stare Miasto, 134 na Okęcie, 163 na Wolę i Jelonki, 51 do Piaseczna i pewnie jeszcze kilka innych, ale piszę z pamięci. Nastało 15 lat względnego spokoju.

ALE NIC NIE MOŻE PRZECIEŻ WIECZNIE TRWAĆ!

Jedną z linii, które znikają od 1 marca 2011 roku z Górnego Mokotowa jest 107. Trasę miała pokrętną, ale przecież nikt nią nie jeździł od pętli do pętli (raz w życiu zdarzyło mi się nią jechać z placu Bankowego na Ursynów - ok. 1,5 godziny).

Pomyślałby kto "i tak jeździła rzadko, pewnie woziła muchy" - nie, ona jeździła za rzadko. Woziła tłumy własnie na tym odcinku, z którego ZTM ją wycofuje - z odcinka Górny Mokotów - Sielce. Owszem, ZTM tłumaczy, ze zastapi je 141, ale:
1. Przy okazji samo 141 wyskakuje z dobrego połączenia Sielc, Stegien, metra Służew z Landem, Galerii Mokotów i Słuzewca Poprzemysłowego (na którym jest mokotowski Urząd Skarbowy)
2. Nowe 141 nie podjeżdża do metra Racławicka tak blisko, jak to robiło 107 ("Pieszy sobie dojdzie"), do trzech liceów na Górnym Mokotowie - Reytana, Kochanowskiego i Konopnickiej oraz do Szpitala MSW (nie tylko szpitala - również przychodni).
3. Nowe 141 ma zastąpić dawne 301 na odcinku Okęcie - Rakowiec - Mokotów i w sumie dobrze, że będzie jeździło przez 7 dni w tygodniu, a nie 5, ale znów - wyskakuje połączenie Sielc (Gagarina) z: dobrymi przesiadkami na Puławskiej, z urzędem Mokotowa, SGH-em, metrem Pole Mokotowskie i trzema liceami. Mieszkańcy Rakowca i okolic ul. Racławickiej tracą wygodne połączenie z metrem Racławicka.

A więc drodzy warszawiacy, przesiadajcie się!

Tu polecam obejrzeć filmik o trudnościach z przesiadkami w warszawskiej komunikacji miejskiej 40 (!) lat temu (5:42 - 9:00)



Kolejną linią, którą żegnamy, jest 505. Nie żal mi jej az tak bardzo, jak pozostałych, ale pewna nostalgia jest. 505 to przecież ostatnia z pięćsetek (502, 504, 505, 508), które dawniej jeździły przez Mokotów na Ursynów. Jedyna, która zachowała ciągłość i zasadniczą trasę (504 przez rok nie było, poza tym obecnie jeździ przez Ochotę). W obecnej wersji (do zmian) 505 wydaje się być jakimś trasowym koszmarkiem, ale co serwuje się nam zamiast niej? Linię 210 czyli jeszcze gorszy koszmarek.

Koszmarek, który powstał w sposób charakterystyczny dla poczynań ZTM-u. Otóż w 2010 skrócono linię 33 i "zatramwaj" puszczono linię 210 co pół godziny. Oczywiście nikt nią nie jeździł i zawieszono ją na ferie. Teraz odradza się w koszmarnej wersji, tańcząc oberki z Ursynowa do Śródmieścia.

Nowe 210 łączy Wołoską i Madalińskiego z Marszałkowską i rondem pod Rotundą - jest to wymowny znak, że ZTM chce przy najblizszej nadarzającej się okazji jednak wycofać z Mokotowa 117. A kiedy to zrobi, to:

1. Wilanów i południowe Stegny (wzdłuż al. Wilanowskiej, gdzie ostatnio zbudowało się sporo bloków) stracą połączenie z metrem Słuzew, dogodną przesiadką na częste 193 do SGGW, z Galerią Mokotów, Służewcem Poprzemysłowym, Urzędem Skarbowym, Górnym Mokotowem, urzędem dzielnicy. I oczywiście vice versa - Górny Mokotów z Wilanowem i Stegnami Południowymi.

2. Część Górnego Mokotowa straci wygodne połączenie z Galerią Mokotów. Ktoś powie "ale jest jeszcze 138". Tak, ale 138 jedzie z Wołoskiej prosto w Rzymowskiego i zatrzymuje sie niemal przy Cybernetyki. Aby stamtąd dojść do centrum handlowego, trzeba przejść przez kładkę i drałować dodatkowe 200 metrów.

3. Będzie to druga (po 141 od 1 marca) linia, która zniknie z bardzo uczęszczanego ciągu ulic Dolina Słuzewiecka - Nowoursynowska - Wałbrzyska - Al. Lotników - Al. Wilanowska. Zostanie tam tylko 189 i (jedynie w dni powszednie) 401.

A przy okazji - 505 wcale nie było puste, gdy robiłem to zdjęcie. Kolejną zmianą (tak, to jeszcze nie koniec cięć na Mokotowie) jest "zamiana" końcówkami linii 182 i 382. Bilans zysków i strat:

1. Dworzec Zachodni i okolice ul. Kopińskiej zyskują soboty i niedziele dodatkowe połączenie z trasą Łazienkowską i tzw. Pragą Południe (poza juz istniejącymi 187 i 523).

2. Górny Mokotów traci w soboty i niedziele połączenie przez Słuzewiec Poprzemysłowy i ul. 17 Stycznia z Okęciem (duża pętla, z której odjeżdżają linie do Ikei, Maximusa itp.)

3. Osiedle przy Spartańskiej i Etiudy Rewolucyjnej traci w soboty i niedziele połączenie z metrem Wierzbno - zostaje tam jedynie 218 i 222. To już drugi autobus, jaki znika z Woronicza na zachód od Wołoskiej - pierwszym (we wszystkie dni tygodnia) jest 107.

Warszawiacy! Przesiadajcie się!

Nie zapominamy też o Dolnym Mokotowie. Linia 422 zostaje przesunięta z Wilanowa - Powsińskiej - Czerniakowskiej - Gagarina do tzw. Miasteczka Wilanów przez Sobieskiego. Mieszkańcy pierwszej trasy nie dostają w zamian... nic.

PODSUMOWUJĄC:

1. Liczba połączeń międzydzielnicowych maleje.

2. Liczba połączeń wewnątrzdzielnicowych tez maleje.

3. Przesiadki, do których tak usilnie nakłania nas ZTM (i które są coraz częstszą koniecznością) stają się coraz bardziej niewygodne.

To tyle. Kupiłbym sobie samochód, ale nie mam gdzie go parkować, a "po buracku" nie zamierzam. Za tydzień-dwa zaczynam regularnie WSZĘDZIE jeździć rowerem. Po ulicach, bo stan dróg rowerowych w Warszawie woła o pomstę do nieba.

H_Piotr.

PS. Dla tych, którzy doczytali do końca, w nagrodę druga część filmiku o obiektywnych trudnościach sprzed 40 lat:




poniedziałek, 7 lutego 2011

OMEGA - AHOL A BOLDOGSÁGOT OSZTOTTÁK - TAM, GDZIE ROZDAWANO SZCZĘŚCIE

Dziś zaproponuję Wam mało znaną (a jedną z lepszych) piosenkę Omegi - najbardziej znanego wegierskiego zespołu rockowego.
Tytuł "Ahol a boldogságot osztották" znaczy "Tam, gdzie rozdawano szczęście". Oryginalny węgierski tekst i moje tłumaczenie poniżej:


Ahol a boldogságot osztották, nem álltam a sorba.
Tolongott a nagy tömeg, én még kicsi voltam,
De remélem, hogy szerencsés leszek.


Nie stanąłem do kolejki tam, gdzie rozdawano szczęście,
Tłum się tłoczył, a ja jeszcze byłem mały,
Ale mam nadzieję, że kiedyś będę szczęśliwy.

Ahol a boldogsághoz vitt az út, kíváncsian álltam.
Félrelöktek, s nem hagyták azt sem, hogy meglássam,
De remélem, hogy szerencsés leszek.

Stałem zaciekawiony tam, gdzie droga wiedzie do szczęścia. Odepchnęli mnie i nie pozwolili mi nawet spojrzeć.
Ale mam nadzieję, że kiedyś będę szczęśliwy.

Mikor a boldogság az árnyékát majdnem rám vetette,
Megkérdezte, ki vagyok, s nem jött közelebbre,
De remélem, hogy szerencsés leszek.

Kiedy cień szczęścia prawie mnie ogarnął,
Zapytał, kim jestem i nie podszedł bliżej,
Ale mam nadzieję, że kiedyś będę szczęśliwy.

Mivel a boldogságnak ára van, nem vettem meg mégse.
Egy nap mondtam, s egymagam indultam el érte.
De remélem, hogy szerencsés leszek.


Ponieważ była cena na szczęście, i tak go nie kupiłem.
Pewnego dnia powiedziałem i samotnie po nie wyruszyłem.
Ale mam nadzieję, że będę kiedyś szczęśliwy.
---
Tekst napisała Anna Adamis, muzykę Gábor Presser. Oboje w dwa lata później odeszli z Omegi, by założyć Locomotiv GT. Omega na tym nie straciła. Koniec końców lepiej mieć dwa dobre zespoły, niż jeden :)

H_Piotr.

czwartek, 3 lutego 2011

piątek, 21 stycznia 2011

L jak Lubiąż - XXXIX akcja GTWB - Straszne, dziwne, opuszczone miejsca

Tematem dzisiejszego wpisu jest klasztor pocysterski w Lubiążu na Dolnym Śląsku. Miało być miejsce straszne, dziwne i opuszczone, to jest. Klikamy w zdjęcie!
Budynek poklasztorny jest w półruinie od 1945 roku, z tym że klasztorem przestał być już w 1810 roku - wtedy dobra przejęło państwo pruskie.
Do strasznych, dziwnych i opuszczonych korytarzy wkradła się sztuka współczesna - "Mam prawo wiedzieć... czemu stropy są tak nisko. Jak dla mnie zdecydowanie za nisko! Bo cystersi to hobbity."
Rozumiecie? Ja też nie - więc to sztuka współczesna. Z ogromnego kompleksu zabudowań (co będzie widać na późniejszych zdjęciach) zachowały się/odrestaurowane zostały tylko dwie duże sale - jadalnia i sala opata, oraz sztukaterie na sufitach kilku mniejszych sal, jak ta:
Jadalnia cystersów odrestaurowana kilka lat temu. Wolę nie wiedzieć jak wyglądała przed renowacją. Trzeba przyznać, że cystersi nie żyli w ubóstwie.
Teraz przez dziedziniec przechodzimy do byłego kościoła klasztornego. Ups, podczas wykonywania tego zdjęcia wystąpiły "obiektywne" trudności :)
Kościół jest na zrębie jeszcze gotyckim.
Z boku dostawiono Domek Loretański - podobny stoi na Pradze (tak, warszawskiej Pradze), zbudowany za czasów Władysława IV, w połowie XVII wieku, stanowi obecnie wewnętrzną część kościoła Matki Boskiej Loretańskiej i jest najstarszym zabytkiem prawobrzeżnej Warszawy (Tarchomina nie liczę :) To jest pierwszy element wspólny lubiąskiego klasztoru z Warszawą.
Wnętrze byłego kościoła zionie pustką. Gdzie jest obraz, który był w tej ramie? Nie wiem. Wiem za to, kto go namalował - Michael Willmann.
Wszystkie obrazy, które wisiały do 1945 w lubiąskim kościele namalował Willmann.
Zostały one tuż po wojnie wywiezione i zabezpieczone przez dyrektora Muzeum Narodowego, prof. Stanisława Lorentza (tego, który przez całą wojnę ratował wyposażenie Zamku Królewskiego, a potem przez 25 lat domagał się jego odbudowy).
Obecnie większość z tych wielkich dzieł (i rozmiarami i kunsztem) wisi w warszawskich kościołach - jeśli są chętni, z chęcią wprowadzę w temat osobiście :)

Kościół nie miał szczęścia. Jeszcze w 1944 Niemcy wywieźli stalle (te ładne drewniane siedziska dla zakonników) - nie wiadomo, gdzie one są.
Jak głosi stare chińskie przysłowie "Głupich nie sieją - sami się rodzą":
"Byłam tu na rajdzie z koleżanką 16 V 71
Rościsławice
Jola T.
Grażyna B."
No, ale cystersi nie samą modlitwą w kościele żyli (i nie samym chebem w jadalni). Czas wejść do sali książęcej opata lubiąskiego - największej i najbardziej ozdobnej sali klasztoru.
Wejścia pilnują dwaj półnadzy murzyni - może być ciekawie :)

Sala olśniewa!
Tu wszystko jest naj - nawet plafon na suficie.
W sali nie ma żadnych religijnych symboli - kto by sobie zaprzątał tym głowę w czasie zabawy?
Są za to posągi królów i książąt zaprzyjaźnionych z opatami i zasłuzonych dla rozbudowy klasztoru.
Śląski barok w pełnej krasie!
Barokowe złudzenie optyczne - obraz "wychodzi" z ram. Taki sam zabieg zastosowano również w warszawskim kościele oo. bernardynów na Czerniakowie, z tym że tam z ramy wystaje nie noga, lecz trąba słonia symbolizującego Afrykę.
Jeszcze raz całokształt:
I wychodzimy. Tak naprawdę zwiedziliśmy może 10% całości. Za to możemy obejść dookoła caluteński klasztor, co oczywiście uczynimy.
Brama wejściowa da turystów:
Skrzydło klasztorne w słońcu. Pogoda była bardzo zmienna, dlatego tak podkreślam, że w słońcu :)
To idzie młodość! - Naprzeciw (byłego) klasztoru z ogromnym (byłym) kościołem jest jeszcze jeden (były) kościół - dużo mniejszy. Jak tak będzie stał niezabezpieczony, to niedługo już ociągnie...
No, ale póki co, cieszmy się chwilą słońca.

Widać, że w ostatnich latach zabezpieczono dachy klasztoru przed przeciekaniem.
Monumentalna bryła robi wrażenie.
Tu widok na kościół:
Niestety, nie ma pomysłu na sensowne zagospodarowanie tej przepięknej budowli. Albo inaczej - pomysłów jest co niemiara, ale jakoś żaden nie może doczekać się realizacji. Oby tylko klsztor doczekał się realizacji któregokolwiek pomysłu.
Gotyckie fragmenty kościoła:
Nie ma w okolicy żadnego dostatecznie wysokiego wzgórza, by móc objąć całość okiem obiektywu, albo nawet i swoim własnym.
Niestety przypomina to stan polskich zamków na Ukrainie:
Oto jak wygląda klasztor wedłu Behemotha:
A jaki Wy macie pomysł na zagospodarowanie byłego klasztoru cysterów w Lubiążu?
H_Piotr.

ČESKÁ REPUBLIKA - CZ. 6. CZESKA SZWAJCARIA

Podczas zeszłorocznej wyprawy odwiedziłem równiez góry w Czechach (tak, juz nie tylko w Republice Czeskiej, ale i w tej części, którą nazywamy Czechami :) zwane Czeską Szwajcarią. Czy ma to wiele wspólnego ze Szwajcarią, nie wiem, bo tam nigdy nie byłem.
Widoki byly przepiękne, trasy wyjątkowo łatwe - wręcz spacerowe.

Skały wysokie.

Może ta góra w oddali to dawny stożek wulkaniczny?

Na końcu trasy czekało na nas malowniczo położone schronisko górskie.




I tu łyzka dziegciu do beczki miodu. Za wejście na ostatni odcinek trasy - tam, gdzie ten skalny mostek oraz schronisko (!) z toaletą i barem - trzeba było zapłacić równowartość 12 zł. Dwie trzecie naszej ekipy nie zdecydowało się na ten wydatek - w tym ja.
Natomiast wszyscy zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie pod arkadą pod schroniskiem - za kazdym razem długoo czekaliśmy, aż w tle nie będzie tych przebrzydłych turystów, którzy tylko wchodzą w kadry ;)
W związku z tym, że toaleta była płatna - 12 zł, to tutaj "nieco" śmierdziało. A szkoda, bo miejsce ładne i według tablicy informacyjnej, w czasie wojen religijnych, których Polsce historia oszczędziła, ale Czechom nie, tutaj spotykali się "odszczepieńcy".

To reklamówka pensjonatu, w którym spędziliśmy jedną noc. Bardzo romantyczne miejsce ;)
I na koniec tego wpisu - bo bardzo lubię modernistyczną architekturę - wiejski dom kultury z okolic Krasnej Lipy - nieco innego rejonu Czech, niz powyzsze góry. Ale w sumie w Czeskiej Republice nic nie jest strasznie daleko :)
H_Piotr.