Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 grudnia 2014

12 12 2012

Pamiętacie tę datę? Miał nastąpić wtedy chyba któryś z licznie zapowiadanych ostatnimi laty końców świata? A tymczasem minęły dwa lata, ówczesny świat się skończył, ale nie jakoś brutalnie, tylko tak jakoś wyewoluował w dzisiejszy. Bardzo inny? A może wcale?

H_Piotr.

środa, 12 marca 2014

Stan gotowości 1984 - 2014

Przypomniała mi się nieco mnie znana piosenka Lombardu:

Piosenka tekstowo bardzo na czasie, autorstwa Jacka Skubikowskiego. Muzycznie też dobra, mimo, że taka stylistyka obecnie nie jest modna (choć może w sezonie 2014/2015 znów będzie?). Muzyka Grzegorza Stróżniaka - lidera Lombardu i jedynego stałego elementu zespołu przez wszystkie lata.

Dla podkreślenia wysokiego poziomu wykonawczego wokalistki Małgorzaty Ostrowskiej i instrumentalistów, nagranie z koncertu z 1984:

Gdzie teraz się chowa Francis Fukuyama, który głosił koniec historii?

H_Piotr.

środa, 17 kwietnia 2013

MOJE MUZYCZNE POMPEJE

Czy pisałem kiedyś już, że muzyka jest dla mnie bardzo ważna w życiu, ale niestety nie mam pamięci do nazwisk, nazw, tytułów? To piszę :)

Zapuściłem sobie do grania w tle (w ramach poszerzania horyzontów muzycznych) album "Time" Electric Light Orchestry z 1981 roku. I wtem...

... utwór nr 4 na albumie "Ticket to the moon" okazało się, że... znam.

Skąd? Kiedyś, w zamierzchłych latach 90-tych słuchałem radia, różnych stacji radiowych. Tę piosenkę prawdopodobnie puszczało Radio "Pogoda".

Niestety, wszystko co dobre, szybko się kończy. "Pogodę" ktoś tam wykupił i sformatował do małostrawnej papki (stacja chyba istnieje do dziś pod nazwą "Złote przeboje"). Pozostały mi więc "Zetka", "Trójka" i "Radiostacja". Niestety (dokładnych dat nie pamiętam, ale musiało to być ok. 1998-2000) wszystkie trzy się spsiły. Popadały kolejno jak muchy. Najgorzej skończyła "Radiostacja" - w ciągu kilku miesięcy (tygodni?) z fajnej stacji puszczającej wiele rodzajów muzyki upadła do techniawkowej rąbanki. Chyba najdłużej, do ok. 2001, wytrzymałem z nastawioną "Trójką". Ale czar radia dla mnie prysł.

Szkoda tylko tych wszystkich piosenek, które wtedy poznałem, a dziś nie pamiętam ani tytułów, ani wykonawców...

H_Piotr.

PS. Inną taką piosenką, która już jakiś czas temu "wróciła do mnie zza zasłony niepamięci" jest Billy'ego Idola "Rebel Yell"
 

wtorek, 18 grudnia 2012

PORY ROKU - JESIEŃ

Wstawianie zdjęć jesieni jesienią jest mejnstrimowe, ale już jesieni zimą jest niecodzienne, a tym bardziej jesieni sprzed dwóch lat.


To nie jest park. To nie jest nawet żaden skwer. To moje podwórko w październiku.

No i kto wciąż nie lubi jesieni?

H_Piotr.

piątek, 2 listopada 2012

STARE MIASTO SAUTÉ

 Stare Miasto w Warszawie (zwane też Starówką) nie ma co tu kryć - jest małe, jak na tak wielkie miasto. I pomijam już fakt zniszczenia, odbudowy i odsłonięcia murów obronnych - jest po prostu znacznie mniejsze od Starych Miast Krakowa, Wrocławia, Poznania i wielu innych, często znacznie mniejszych od Warszawy miast. Nie jest oczywiście przez to mniej ciekawe, ale po prostu - zajmuje mniejszą powierzchnię. Przy zakładaniu miasta nie było planowane pod siedzibę biskupstwa itd.

Przez to (oraz przez świetne usytuowanie Warszawy, które spowodowało jej gwałtowny rozwój) zabudowa "wylała się" z niego dość wcześnie - Nową Warszawę założono już 100 lat po Starej. Krakowskie Przedmieście i Senatorska zapełniły się miejską zabudową na początku XVI wieku, a Nowy Świat i Żoliborz w wieku XVIII.

Przez to wszystko zupełnie nie umiemy sobie wyobrazić wyglądu Warszawy w średniowieczu. No bo jak to? Tuż za Bramą Krakowską polne drogi i zaledwie kilka domostw? Kamienice przy bocznych ulicach Warszawy (np. ul. Piwnej) nie trzypiętrowe, jak teraz, ale parterowe? Kamienice w rynku nie pięciopiętrowe, ale np. jednopiętrowe? Niektóre parcele puste? Dookoła ogrody warzywne i pola? Nie do wiary! Ale tak kiedyś musiało być. Takie były początki Warszawy.

Co więc możemy zrobić, aby pomóc swojej wyobraźni? Możemy pojechać do miasteczek, w których Stare Miasta wyglądają tak, jak setki lat temu. Na przykład do Rzepina.


Rzepin został założony mniej więcej wtedy, kiedy Warszawa, nad brzegiem małej rzeczki. Historia toczyła się jednak z dala od Rzepina aż do otwarcia w XIX wieku linii kolejowej Poznań-Berlin. Jednak rozwój miasta poszedł (jak to zwykle bywa) w kierunku dworca, zostawiając Stary Rzepin na uboczu.

Fosę otaczającą gród końcu zniwelowano i dziś rzepińska starówka prezentuje się, jak poniżej i powyżej:

Rzucik całości miasta Rzepin, które obecnie leży jedynie 4 godziny jazdy pociągiem od Warszawy. Ten pomarańczowy kwadracik w lewym górnym rogu to dworzec kolejowy, na którym zatrzymuje się "Berlin-Warszawa Express":

Ale jeśli komuś z szanownych czytelników w tym przykładzie przeszkadza późniejszy rozwój miasta (co prawda nie wokół, a obok Starówki) i brak murów obronnych, może wybrać się z Rzepina na północ, do Morynia:

Moryń to miasteczko, które właściwie nigdy nie wyrosło ze średniowiecznego założenia. Powyżej sama "Starówka", a poniżej widok na naprawdę CAŁE miasto:

 W Moryniu, jak widać, wciąż więcej ludzi mieszka wewnątrz murów obronnych, niż poza nimi:

Do tego te mury obronne w większości istnieją do dziś. Tylko ich kształt nie pasuje do analogii z Warszawą (tu założyciele Rzepina bardziej się postarali ;-). Ciekawi też pewna nieregularność przebiegu murów - być może z początku zakładano większy teren, a potem z różnych powodów (brak pieniędzy? brak wystarczającej liczby mieszkańców? ktoś ukradł cegły?) musiano skrócić ich obwód.

Do analogii z Warszawą nie pasuje też romański kościół, ale cóż, w średniowieczu Pomorze Zachodnie było widocznie bliżej cywilizacji, niż większość Mazowsza. Nie to co dziś, kiedy aby zobaczyć Średniowiecze na własne oczy, trzeba z Warszawy pojechać ponad 400 km na zachód, prawie pod Berlin.


Ale żeby mnie ktoś nie zrozumiał źle - uważam to za zaletę tych miast i jak tylko będę miał fundusze na taką podróż, to chcę tam pojechać. Dbajmy o takie skarby!

H_Piotr.

PS. Znacie jeszcze inne przykłady takich "żywych skamielin" miejskich w Polsce lub niedaleko od Polski? Miast, które jakby zatrzymały się na pewnym etapie?

niedziela, 30 września 2012

CZESŁAW NIEMEN

Czesław Niemen często jest nazywany "największym niedocenianym artystą polskim".

Kiedy przygotowywałem wpis o Białogardzie (link), trochę poszperałem w sieci o tym artyście. Można o nim chyba powiedzieć, że "jest znany z tego, że był nieznany". Każdy umie zanucić kilka refrenów jego największych przebojów, ale...

...ale od jakiegoś czasu w mej głowie brzmi to dzieło, "o którym mało kto wie":




Świetny otwór. Zaśpiewany a capella (bez instrumentów) co dla mnie jest dodatkowym atutem. No, może ewentualnie w basach podpierał się jakimś klawiszem, ale znam basów, którzy potrafiliby to zaśpiewać :)

Chciałem tu wrzucić też utwór Romualda Twardowskiego - polskiego kompozytora współczesnego (tu co nieco o nim u cioci W), skomponowanego do tych samych słów (ale w oryginale - po łacinie), ale na TyRurze nie ma żadnego wykonania. Może kiedyś się pojawi...

H_Piotr.

wtorek, 11 września 2012

JAK PIES Z KOTEM

Tak się zastanawiam, czemu Bydgoszcz z Toruniem tak się nie lubią. Czy to tylko rozchodzi się o żużel? Tylko o konflikt personalny we władzach? Kto "ma" urząd marszałka województwa, a kto "ma" urząd wojewody? O liczbę zabytkowych kościołów? A może o to, kto był pupilkiem których władz - niemieckich z czasów zaborów, polskich z II RP, komunistycznych z PRL-u, obecnych - a kto miał pod górkę? Gdzie jest większy uniwersytet, a gdzie lotnisko?

 A może (i do tego chyba nikt z obu stron nie chce się przyznać) są po prostu zbyt podobni do siebie? Wszak jedne z najbardziej krwawych wojen XX wieku w Europie miały początek na Bałkanach, gdzie Chorwaci i Serbowie są niemal identyczni (język, kultura) z kilkoma tylko różnicami, i za te różnice daliby się pociąć (a właściwie w historii - cięli tych drugich).

Bydgoszcz i Toruń nawet herby mają niemal identyczne, o:

 
Największe różnice to ten anioł i kierunek otwarcia bram.

Czy mają szanse się kiedyś porozumieć? Czy zawsze będą żyć jak pies z kotem?

H_Piotr.

 PS. Obczajcie też herb pobliskiej Chełmży. Zamek bardziej podobny do bydgoskiego, ale brama otwarta po toruńsku :)
 

środa, 20 czerwca 2012

LVI AKCJA GTWB "WARSZAWA MOJEGO DZIECIŃSTWA"

Warszawa z mojego dzieciństwa?

 1. Smyk - dojazdy autobusem 117, zakupy, schody ruchome, "błyszczące" schody nieruchome, powroty autobusem 117.
Na przystanku autobusowym linii 117, mając 4 lata zaskoczyłem moją mamę tym, że przeczytałem "Bar Praha Bar" i zapytałem się, czemu tu dwa razy jest napisane "bar". Nie wiedziała, że umiem czytać.
2. Cmentarz Żołnierzy Radzieckich. traktowany jak park (i w dużej mierze nim będący). Od razu uprzedzam - nie, nie skakałem po grobach i nie łamałem płyt.
Zdjęcia sprzed remontu. Teraz rzeźby wyglądają, jakby były oblane rzadkim gównem.

3. Łazienki Królewskie. Po wielokrotnych (nudnych wtedy dla mnie) wizytach w tym parku, przez wiele lat w ogóle tam nie bywałem. Po prostu "przedawkowałem". Inne miejsca przedawkowane przeze mnie w dzieciństwie: Stare Miasto, Wilanów, Powsin.
Do Łazienek wróciłem dopiero jakieś 4 lata temu. Na Starówkę wracam etapami (dalej unikam ul. Nowomiejskiej i Świętojańskiej). Do Wilanowa chyba ze dwa lata temu. W Powsinie nie byłem od kiedy miałem ok. 8 lat.
4. Latarnie. Dziś można znaleźć pojedyncze egzemplarze. Ten przy dworcu Śródmieście.

Ten na rogu Krasińskiego i Stołecznej. I to właśnie z Żoliborzem i wiodącą nań Aleją Jana Pawła II (d. Marchlewskiego) kojarzą mi się te socrealistyczne, żelbetowe latarnie. A rondo Babka już chyba na zawsze będzie dla mnie bramą Żoliborza.
5. Sklepy. Kasy w sklepach. Z korbką.
Wagi odważnikowe.
6. Duże baterie z "blaszkami". No, może nie aż tak duże.
7. Orzełek bez korony (no, polityką to ja się wtedy jeszcze nie interesowałem, więc niezbyt to pamiętam).
8. Budki telefoniczne jak z filmu.
9. Mydło jak z filmu (innego).
10. Miś jak z filmu.
H_Piotr.

sobota, 7 kwietnia 2012

ŚMIERĆ ULICY

Marszałkowska umiera. Trawiona powoli przez raka banków.Nigdy nie była ładna (tzn. nigdy po 1944), teraz nie jest również ciekawa. Nie ma po co tam iść.
Mówię o odcinku Al. Jerozolimskie - Pl. Konstytucji, chociaż na północ od niego nie jest lepiej. Jedynie między Pl. Konstytucji, a pl. Unii Lubelskiej jeszcze dycha. Zupełnie przypadkiem akurat tam jest dwukrotnie węższa i stoi przy niej nieco przedwojennych domów.
Jeśli ci nie dadzą kredytu w jednym banku, idziesz do następnego, jak w drugim też nie, to jeszcze masz "instytucję kredytową". A na koniec idziesz do lecznicy podleczyć skołatane nerwy.
Tu to nawet nie wiadomo, co się mieści... Żadnego napisu.

Czy Marszałkowska kiedyś odżyje? Czy ja tego dożyję? Będę mógł kiedyś dopisać drugą część tego posta?

H_Piotr.

niedziela, 25 marca 2012

KULFON KŁAMIE

Byłem wczoraj na Międzynarodowym Dniu Wody.

Jednym z punktów tego (nazwijmy to) festynu był występ Kulfona i Moniki - bohaterów dzieci. Mówili oni, jak ważna jest woda.

Jednak nieco przesadzili mówiąc, że "ręce powinno się myć co chwilę, bo na nich tyyyyle bakterii". Cholera, dzieci uwierzą, i gotowe alergie oraz nerwice natręctw.

Czy ktoś kontroluje to, co "osoby opiniotwórcze" mówią dzieciom?

H_Piotr.

niedziela, 18 grudnia 2011

CIEKAWOSTKI JĘZYKA POLSKIEGO - CZ. 1

Dopiero teraz, kiedy jestem zagranicą, zastanawiam się nad niezwykłością zjawiska, jakim jest język, którym się posługujemy. Na przykład język polski.

Weźmy takie nazwy miast. Chociaż samo słowo "miasto" jest rodzaju nijakiego, to jednak "mieścina" jest żeńskiego" ("metropolia" zresztą też). Jedne nazwy miast są rodzaju żeńskiego, inne męskiego, nijakiego, a nawet nieznanego, bo istnieją tylko w liczbie mnogiej, od której nie da się utworzyć pojedynczej (miasta-zlepki? megalomania?)

Podałem nazwy miast w kolejności od największych do najmniejszych, do wielkości 100 000 mieszkańców (w nawiasie między 50 000, a 100 000)

Rodzaj żeński:
Warszawa, Łódź, Bydgoszcz, Gdynia, Częstochowa, Bielsko-Biała*, Ruda Śląska, Dąbrowa Górnicza, Zielona Góra, Legnica.

Rodzaj męski:
Kraków, Wrocław, Poznań, Gdańsk, Szczecin, Lublin, Białystok, Radom, Sosnowiec, Toruń, Bytom, Rzeszów, Olsztyn, Rybnik, Płock, Elbląg, Gorzów Wielkopolski, Wałbrzych, Włocławek, Tarnów, Chorzów, Koszalin, Kalisz.

Rodzaj nijaki:
Opole, (Jastrzębie-Zdrój, Jaworzno, Gniezno, Leszno, Kędzierzyn-Koźle*, Legionowo, Zawiercie).

Liczba mnoga:
Katowice, Kielce, Gliwice, Tychy, (Siedlce, Mysłowice, Siemianowice Śląskie, Suwałki, Żory, Tarnowskie Góry, Piekary Śląskie, Świętochłowice, Starachowice, Skierniewice).

Czy da się jakoś określić, że np. na danym terenie częściej występują miasta z nazwami o rodzaju żeńskim, a gdzie indziej - męskim? Czy to zupełny przypadek? Na pewno widać, że "nijakich" nazw mamy najmniej.

Są jeszcze takie smaczki, jak Ostrów Wielkopolski (on) i Ostrów Mazowiecka (ona), albo różne odmienianie nazw, które z pozoru powinny odmieniać się tak samo (słynna Włoszczowa - we Włoszczowie - i Limanowa - w Limanowej).

No i jak to wszystko wyjaśnić obcokrajowcowi?

H_Piotr.

* - właściwie to tylko drugi człon z dwuczłonowej nazwy ma taki rodzaj.

niedziela, 4 grudnia 2011

ZAGADNIENIE BRAM DEBRECZYŃSKICH

Do kampusu, w którym mieszkam, prowadzą dwie bramy samochodowo-piesze i dwie furtki tylko dla pieszych. Jedna z bram jest stale zamknięta - tylko furtka koło niej jest otwarta.

Na weekendy zamykane są wszystkie furtki poza jedną (tą obok drugiej bramy samochodowej). Nawet nie naraz - ta przy głównym budynku wykładowym zamykana jest już w sobotę rano, a ta przy akademiku oraz furtka przy drugiej bramie dopiero w niedzielę rano. Wszystkie trzy otwierane są w niedzielę wieczorem lub poniedziałek wczesnym rankiem.

Jakiś pracownik co tydzień musi przejść przez cały teren trzykrotnie, pozamykać, pootwierać, a i tak zawsze da się i wejść i wjechać Studenci muszą jednak nadkładać drogi idąc do sklepu, "do miasta", czy dokądkolwiek.

Nie rozumiem.

H_Piotr.


poniedziałek, 17 października 2011

FÜLBEVALÓ, CZYLI COŚ DO UCHA

Dzisiaj bezzdjęciowo - o fenomenie męskich kolczyków.

Na Węgrzech całe tabuny mężczyzn noszą kolczyki. Niezależnie od wieku - od ok. 14 lat do ok. 60 lat. Czasem dwa kolczyki, częściej jeden. Co to oznacza? Wiecie może? Zapytałem jednego znajomego Węgra (bez kolczyka) i powiedział mi, że facet z kolczykiem to pewnie gej. Ale czy naprawdę na Węgrzech jest aż tylu gejów, którzy pragną powiedzieć całemu światu o swojej orientacji właśnie w ten sposób?

Mężczyźni tu też (choć nie zawsze) na pożegnanie całują się w policzek. Nie ma to chyba nic wspólnego z preferencjami, bo robią tak też ci, którzy przyszli ze swoimi dziewczynami/żonami. Chyba, że to wszystko przykrywka...

H_Piotr.

czwartek, 6 października 2011

CO NIECO O POLSKICH PRZYWARACH (I NIE TYLKO POLSKICH)

Często mówimy "No tak, coś takiego to tylko w Polsce". Najczęściej dlatego, że nie wiemy, jak jest gdzie indziej, i że jest tam... dokładnie tak samo.

Dwa przykłady:

1. SKARPETY DO SANDAŁÓW JAKO MODA MĘSKA
Myślelibyście, że to coś typowo polskiego? Skądże znowu. W tym roku widziałem to w Austrii, Czechach i na Węgrzech. Hmm, a może w Wiedniu i Pradze Czeskiej trafiłem na polskich turystów? Ale aż tylu? Poza tym, w dwustutysięcznym Debreczynie we wrześniu i październiku chyba nie ma zbyt wielu polskich turystów? Czyż nie?

2. ŚWIĘTOWANIE PORAŻEK
Polacy świętują (choć słuszniejsze byłyby słowa "upamiętniają", "honorują") Powstanie Warszawskie, różne przegrane bitwy, stracone szanse.
A co robią Czesi, których stawiamy sobie za wzór pragmatyzmu? Obchodzą pamiątkę bitwy na Białej Górze (na Bílé hoře) - największej przegranej Czechów, po której stracili niepodległość właściwie do 1918 roku, wyrżnięto ich elity, a język czeski zamarł i stał się językiem niewykształconych chłopów na 150 lat.

Tak więc, nie mamy się czego wstydzić. Albo inaczej: Mamy, ale nie tylko my :)

H_Piotr.

poniedziałek, 11 lipca 2011

CIEPŁY LETNI DESZCZ

Na moim podwórku zainstalowały się jakieś kilkunastoletnie matoły spod znaku K..., P..., Ch... i puszczania "Emotion" z komórki. Nie mieszkają tu, oczywiście pod swoimi domami nie zamierzają hałasować.

Równo o godzinie 22.00, jak na zamówienie lunął deszcz i matoły się zmyły.

Siły natury w służbie człowieka :)

H_Piotr.

niedziela, 10 lipca 2011

PARK FONTANN - RECENZJA Z POKAZU

Rzadko piszę recenzje, ale jak już, to od razu na dwóch blogach. Ta będzie ściśle związana z Warszawą.

Wczoraj wybrałem się na pokaz fontann na skwerze im. I Dywizji Pancernej. Nie słyszeliście o takim? Nic nie szkodzi. Chodzi o skwer u podnóża skarpy wiślanej na wysokości Nowego Miasta.

Fontanny były drogie, miały być świetną rozrywką dla ludu. No i są.

A teraz w podpunktach (bo tak szybciej i klarowniej) wyłuszczę plusy i minusy nowomiejskich podskarpianych fontann.

Plusy:
1. Dobrze, że są. Choć widać, że popyt na nie jest tak duży zarówno w dzień, jak i wieczorem przy pokazach, że powinny taki stać chyba w każdej dzielnicy.
2. Są w niezłym miejscu. Z jednej strony w Śródmieściu, a z drugiej w dość spokojnym miejscu.
3. Naprawdę sprawdzają się w ciągu dnia.

I to chyba koniec plusów. Minusy dzielą się na te związane z umiejscowieniem, wykonaniem itp. oraz na te bezpośrednio związane z programem "artystycznym":
1. Główny zarzut, z którego wynika wiele innych to taki, że pomysłodawcy i projektanci nie przewidzieli, że fontanny staną się tak popularne.
2. Pokaz pierwotnie był tylko raz w tygodniu. teraz jest dwa razy - w piątki o soboty o 21.30. A czemu w czasie wakacji nie jest codziennie?
3. Z powodu takiego, a nie innego umiejscowienia fontanny i niewycięcia części drzew (co oczywiście samo w sobie jest bardzo dobre) niewiele jest miejsc, z których fontannę naprawdę dobrze widać.
4. Mimo, że to teren otwarty, to tak naprawdę są tylko 3 wejścia - od południa, od północy i z góry skarpy po schodach. To samo z wyjściami po skończonym pokazie.
5. Zupełnie nierozwiązana kwestia parkingowa. Obecnie i tak ponoć jest lepiej, niż miesiąc temu, bo wtedy kierowcy wjeżdżali prosto do parku i parkowali na trawie. Teraz "jedynie" obstawili wszelkie chodniki (nawet tam, gdzie stoją znaki zakazu zatrzymywania), a przejeżdżający Wisłostradą spowodowali korek gapiąc się na pokaz. Stały tam co prawda dwa radiowozy, ale policjanci nic nie zrobili (albo to, co robili było nieudolne). Strażników miejskich wlepiających mandaty nieprawidłowo parkującym kierowcom nie uświadczyłem.
6. Tłumy były tak niemiłosierne, że przychodząc godzinę przed pokazem ledwo udało mi się zająć miejsce, z którego dobrze wszystko widziałem. Oczywiście nie jest to wada samych fontann, ale łączy się z punktem nr 2.
7. Fatalne nagłośnienie. Zaprojektowane chyba pod pokaz dla 300 ludzi, a nie dla 3000. W dodatku jakiś debil w samochodzie stanął na prawym pasie Wisłostrady na cały pokaz z włączonym umcyk-umcyk i policjanci oczywiście nic mu nie zrobili. Jego łupanina było dużo głośniejsza od muzyki z pokazu. Czasem o tyle, że nie mogłem rozpoznać melodii.

8. Sam pokaz był NIEMIŁOSIERNIE NUDNY I NIECIEKAWY.
Pod "Mam tak samo, jak Ty..." szły filmiki przedstawiające Warszawę - zbiór przypadkowych ujęć pokazujących przejeżdżające samochody i przechodzących pieszych. Cykl "Legendy warszawskie" stanowił zbiór laserowych nieruchomych obrazków zmieniających się na tyle szybko, że niektórych z nich nie rozszyfrowałem. Przez cały ten czas fontanny były WYŁĄCZONE, a filmiki i obrazki wyświetlane na wodnej mgiełce.
Jedyne ciekawe fragmenty, to te, w których rzeczywiście fontanna "tańczyła" i "mrugała" w takt muzyki. A były to dwa utwory - walc z "Nocy i dni" oraz nierozpoznana przez mnie melodia zagłuszona przez łupaninę drechola. Ta najciekawsza część trwała jakieś 6 minut...

9. Pokaz był stanowczo za krótki - trwał jedynie 23 minuty (co w kontekście nudy i beznadziei może być paradoksalnie atutem).

10. Jak już opisałem szerzej w punkcie 8. - obecny pokaz nie wykorzystuje możliwości technicznych fontanny. Czyli są to pieniądze wyrzucone w błoto.

11. raz się zaśmialiśmy na cały głos (aż ktoś nas uciszał) - kiedy "Legendę o Bazyliszku" przetłumaczono na angielski jako "The legend of the Basilisk".

12. Połowa ludzi widziała wszystkie laserowe wyświetlanki w lustrzanym odbiciu. Nie przeszkadza to zbytnio przy obrazkach, ale gdy pojawiał się tekst, to tak. Zaś część ludzi, którzy nieopatrznie usiedli w "złym" miejscu, laserowych wyświetlanek nie widziała w ogóle.
Podsumowując:
Jestem mocno rozczarowany wieczornym pokazem. Dużo lepszy i ciekawszy widziałem dwa lata temu w dwudziestopięciotysięcznym Wągrowcu w Wielkopolsce. Nie mam poczucia straconego czasu tylko z powodu miłego towarzystwa i krótkiego czasu trwania tej pomyłki. Szczerze odradzam pójście tam wieczorem. Dopóki nie zmienią programu pokazu, nie wrócę. Natomiast sama fontanna spełnia swoje zadanie w ciągu dnia. Ale widać, jak Warszawa jest w tym temacie zaniedbana - były tam tłumy z chyba całej Warszawy. Każda dzielnica powinna mieć po takiej fontannie.

H_Piotr.
PS. Taki sam tekst wrzucam na mój drugi blog - Fenomen Warszawy. Tu bardziej pasuje tematycznie, ale tam może dotrze do większej liczby czytelników. Bo ja naprawdę szczerze odradzam wybieranie się na ten pokaz.

poniedziałek, 28 lutego 2011

REWOLUCYJNA REWOLUCJA ZTM

A więc stało się.

Rewolucyjne rewolucje ZTM-u dosięgły Mokotowa, który był dotychczas zieloną wyspą pośród burz i niepokojów serwowanych warszawskiej komunikacji zbiorowej przez ekipę GronkoRuty.

W miarę spokojnie było tu od czasów otwarcia metra, kiedy to Mokotów dotknięty został tak zwanym - nie wiedzieć czemu - Syndromem Bielańskim. Po otwarciu linii metra (która w 1995 łączyła Kabaty i Politechnikę, a więc ledwo ocierała się o Śródmieście) skasowano wiele linii łączących Mokotów z częściami Warszawy, do których metro do tej pory nie jeździ i jeździć nie będzie. Poszły wtedy do piachu linie: 104 na Ursynów, 112 na Muranów, 114 na pl. Trzech Krzyzy, 125 na Stare Miasto, 134 na Okęcie, 163 na Wolę i Jelonki, 51 do Piaseczna i pewnie jeszcze kilka innych, ale piszę z pamięci. Nastało 15 lat względnego spokoju.

ALE NIC NIE MOŻE PRZECIEŻ WIECZNIE TRWAĆ!

Jedną z linii, które znikają od 1 marca 2011 roku z Górnego Mokotowa jest 107. Trasę miała pokrętną, ale przecież nikt nią nie jeździł od pętli do pętli (raz w życiu zdarzyło mi się nią jechać z placu Bankowego na Ursynów - ok. 1,5 godziny).

Pomyślałby kto "i tak jeździła rzadko, pewnie woziła muchy" - nie, ona jeździła za rzadko. Woziła tłumy własnie na tym odcinku, z którego ZTM ją wycofuje - z odcinka Górny Mokotów - Sielce. Owszem, ZTM tłumaczy, ze zastapi je 141, ale:
1. Przy okazji samo 141 wyskakuje z dobrego połączenia Sielc, Stegien, metra Służew z Landem, Galerii Mokotów i Słuzewca Poprzemysłowego (na którym jest mokotowski Urząd Skarbowy)
2. Nowe 141 nie podjeżdża do metra Racławicka tak blisko, jak to robiło 107 ("Pieszy sobie dojdzie"), do trzech liceów na Górnym Mokotowie - Reytana, Kochanowskiego i Konopnickiej oraz do Szpitala MSW (nie tylko szpitala - również przychodni).
3. Nowe 141 ma zastąpić dawne 301 na odcinku Okęcie - Rakowiec - Mokotów i w sumie dobrze, że będzie jeździło przez 7 dni w tygodniu, a nie 5, ale znów - wyskakuje połączenie Sielc (Gagarina) z: dobrymi przesiadkami na Puławskiej, z urzędem Mokotowa, SGH-em, metrem Pole Mokotowskie i trzema liceami. Mieszkańcy Rakowca i okolic ul. Racławickiej tracą wygodne połączenie z metrem Racławicka.

A więc drodzy warszawiacy, przesiadajcie się!

Tu polecam obejrzeć filmik o trudnościach z przesiadkami w warszawskiej komunikacji miejskiej 40 (!) lat temu (5:42 - 9:00)



Kolejną linią, którą żegnamy, jest 505. Nie żal mi jej az tak bardzo, jak pozostałych, ale pewna nostalgia jest. 505 to przecież ostatnia z pięćsetek (502, 504, 505, 508), które dawniej jeździły przez Mokotów na Ursynów. Jedyna, która zachowała ciągłość i zasadniczą trasę (504 przez rok nie było, poza tym obecnie jeździ przez Ochotę). W obecnej wersji (do zmian) 505 wydaje się być jakimś trasowym koszmarkiem, ale co serwuje się nam zamiast niej? Linię 210 czyli jeszcze gorszy koszmarek.

Koszmarek, który powstał w sposób charakterystyczny dla poczynań ZTM-u. Otóż w 2010 skrócono linię 33 i "zatramwaj" puszczono linię 210 co pół godziny. Oczywiście nikt nią nie jeździł i zawieszono ją na ferie. Teraz odradza się w koszmarnej wersji, tańcząc oberki z Ursynowa do Śródmieścia.

Nowe 210 łączy Wołoską i Madalińskiego z Marszałkowską i rondem pod Rotundą - jest to wymowny znak, że ZTM chce przy najblizszej nadarzającej się okazji jednak wycofać z Mokotowa 117. A kiedy to zrobi, to:

1. Wilanów i południowe Stegny (wzdłuż al. Wilanowskiej, gdzie ostatnio zbudowało się sporo bloków) stracą połączenie z metrem Słuzew, dogodną przesiadką na częste 193 do SGGW, z Galerią Mokotów, Służewcem Poprzemysłowym, Urzędem Skarbowym, Górnym Mokotowem, urzędem dzielnicy. I oczywiście vice versa - Górny Mokotów z Wilanowem i Stegnami Południowymi.

2. Część Górnego Mokotowa straci wygodne połączenie z Galerią Mokotów. Ktoś powie "ale jest jeszcze 138". Tak, ale 138 jedzie z Wołoskiej prosto w Rzymowskiego i zatrzymuje sie niemal przy Cybernetyki. Aby stamtąd dojść do centrum handlowego, trzeba przejść przez kładkę i drałować dodatkowe 200 metrów.

3. Będzie to druga (po 141 od 1 marca) linia, która zniknie z bardzo uczęszczanego ciągu ulic Dolina Słuzewiecka - Nowoursynowska - Wałbrzyska - Al. Lotników - Al. Wilanowska. Zostanie tam tylko 189 i (jedynie w dni powszednie) 401.

A przy okazji - 505 wcale nie było puste, gdy robiłem to zdjęcie. Kolejną zmianą (tak, to jeszcze nie koniec cięć na Mokotowie) jest "zamiana" końcówkami linii 182 i 382. Bilans zysków i strat:

1. Dworzec Zachodni i okolice ul. Kopińskiej zyskują soboty i niedziele dodatkowe połączenie z trasą Łazienkowską i tzw. Pragą Południe (poza juz istniejącymi 187 i 523).

2. Górny Mokotów traci w soboty i niedziele połączenie przez Słuzewiec Poprzemysłowy i ul. 17 Stycznia z Okęciem (duża pętla, z której odjeżdżają linie do Ikei, Maximusa itp.)

3. Osiedle przy Spartańskiej i Etiudy Rewolucyjnej traci w soboty i niedziele połączenie z metrem Wierzbno - zostaje tam jedynie 218 i 222. To już drugi autobus, jaki znika z Woronicza na zachód od Wołoskiej - pierwszym (we wszystkie dni tygodnia) jest 107.

Warszawiacy! Przesiadajcie się!

Nie zapominamy też o Dolnym Mokotowie. Linia 422 zostaje przesunięta z Wilanowa - Powsińskiej - Czerniakowskiej - Gagarina do tzw. Miasteczka Wilanów przez Sobieskiego. Mieszkańcy pierwszej trasy nie dostają w zamian... nic.

PODSUMOWUJĄC:

1. Liczba połączeń międzydzielnicowych maleje.

2. Liczba połączeń wewnątrzdzielnicowych tez maleje.

3. Przesiadki, do których tak usilnie nakłania nas ZTM (i które są coraz częstszą koniecznością) stają się coraz bardziej niewygodne.

To tyle. Kupiłbym sobie samochód, ale nie mam gdzie go parkować, a "po buracku" nie zamierzam. Za tydzień-dwa zaczynam regularnie WSZĘDZIE jeździć rowerem. Po ulicach, bo stan dróg rowerowych w Warszawie woła o pomstę do nieba.

H_Piotr.

PS. Dla tych, którzy doczytali do końca, w nagrodę druga część filmiku o obiektywnych trudnościach sprzed 40 lat:




piątek, 21 stycznia 2011

L jak Lubiąż - XXXIX akcja GTWB - Straszne, dziwne, opuszczone miejsca

Tematem dzisiejszego wpisu jest klasztor pocysterski w Lubiążu na Dolnym Śląsku. Miało być miejsce straszne, dziwne i opuszczone, to jest. Klikamy w zdjęcie!
Budynek poklasztorny jest w półruinie od 1945 roku, z tym że klasztorem przestał być już w 1810 roku - wtedy dobra przejęło państwo pruskie.
Do strasznych, dziwnych i opuszczonych korytarzy wkradła się sztuka współczesna - "Mam prawo wiedzieć... czemu stropy są tak nisko. Jak dla mnie zdecydowanie za nisko! Bo cystersi to hobbity."
Rozumiecie? Ja też nie - więc to sztuka współczesna. Z ogromnego kompleksu zabudowań (co będzie widać na późniejszych zdjęciach) zachowały się/odrestaurowane zostały tylko dwie duże sale - jadalnia i sala opata, oraz sztukaterie na sufitach kilku mniejszych sal, jak ta:
Jadalnia cystersów odrestaurowana kilka lat temu. Wolę nie wiedzieć jak wyglądała przed renowacją. Trzeba przyznać, że cystersi nie żyli w ubóstwie.
Teraz przez dziedziniec przechodzimy do byłego kościoła klasztornego. Ups, podczas wykonywania tego zdjęcia wystąpiły "obiektywne" trudności :)
Kościół jest na zrębie jeszcze gotyckim.
Z boku dostawiono Domek Loretański - podobny stoi na Pradze (tak, warszawskiej Pradze), zbudowany za czasów Władysława IV, w połowie XVII wieku, stanowi obecnie wewnętrzną część kościoła Matki Boskiej Loretańskiej i jest najstarszym zabytkiem prawobrzeżnej Warszawy (Tarchomina nie liczę :) To jest pierwszy element wspólny lubiąskiego klasztoru z Warszawą.
Wnętrze byłego kościoła zionie pustką. Gdzie jest obraz, który był w tej ramie? Nie wiem. Wiem za to, kto go namalował - Michael Willmann.
Wszystkie obrazy, które wisiały do 1945 w lubiąskim kościele namalował Willmann.
Zostały one tuż po wojnie wywiezione i zabezpieczone przez dyrektora Muzeum Narodowego, prof. Stanisława Lorentza (tego, który przez całą wojnę ratował wyposażenie Zamku Królewskiego, a potem przez 25 lat domagał się jego odbudowy).
Obecnie większość z tych wielkich dzieł (i rozmiarami i kunsztem) wisi w warszawskich kościołach - jeśli są chętni, z chęcią wprowadzę w temat osobiście :)

Kościół nie miał szczęścia. Jeszcze w 1944 Niemcy wywieźli stalle (te ładne drewniane siedziska dla zakonników) - nie wiadomo, gdzie one są.
Jak głosi stare chińskie przysłowie "Głupich nie sieją - sami się rodzą":
"Byłam tu na rajdzie z koleżanką 16 V 71
Rościsławice
Jola T.
Grażyna B."
No, ale cystersi nie samą modlitwą w kościele żyli (i nie samym chebem w jadalni). Czas wejść do sali książęcej opata lubiąskiego - największej i najbardziej ozdobnej sali klasztoru.
Wejścia pilnują dwaj półnadzy murzyni - może być ciekawie :)

Sala olśniewa!
Tu wszystko jest naj - nawet plafon na suficie.
W sali nie ma żadnych religijnych symboli - kto by sobie zaprzątał tym głowę w czasie zabawy?
Są za to posągi królów i książąt zaprzyjaźnionych z opatami i zasłuzonych dla rozbudowy klasztoru.
Śląski barok w pełnej krasie!
Barokowe złudzenie optyczne - obraz "wychodzi" z ram. Taki sam zabieg zastosowano również w warszawskim kościele oo. bernardynów na Czerniakowie, z tym że tam z ramy wystaje nie noga, lecz trąba słonia symbolizującego Afrykę.
Jeszcze raz całokształt:
I wychodzimy. Tak naprawdę zwiedziliśmy może 10% całości. Za to możemy obejść dookoła caluteński klasztor, co oczywiście uczynimy.
Brama wejściowa da turystów:
Skrzydło klasztorne w słońcu. Pogoda była bardzo zmienna, dlatego tak podkreślam, że w słońcu :)
To idzie młodość! - Naprzeciw (byłego) klasztoru z ogromnym (byłym) kościołem jest jeszcze jeden (były) kościół - dużo mniejszy. Jak tak będzie stał niezabezpieczony, to niedługo już ociągnie...
No, ale póki co, cieszmy się chwilą słońca.

Widać, że w ostatnich latach zabezpieczono dachy klasztoru przed przeciekaniem.
Monumentalna bryła robi wrażenie.
Tu widok na kościół:
Niestety, nie ma pomysłu na sensowne zagospodarowanie tej przepięknej budowli. Albo inaczej - pomysłów jest co niemiara, ale jakoś żaden nie może doczekać się realizacji. Oby tylko klsztor doczekał się realizacji któregokolwiek pomysłu.
Gotyckie fragmenty kościoła:
Nie ma w okolicy żadnego dostatecznie wysokiego wzgórza, by móc objąć całość okiem obiektywu, albo nawet i swoim własnym.
Niestety przypomina to stan polskich zamków na Ukrainie:
Oto jak wygląda klasztor wedłu Behemotha:
A jaki Wy macie pomysł na zagospodarowanie byłego klasztoru cysterów w Lubiążu?
H_Piotr.